![]() | You are viewing Log in Create a LiveJournal Account Learn more | Explore LJ: Life Entertainment Music Culture News & Politics Technology |
jest 12:50. pół godziny temu wstałam. za oknem deszcz. to w sumie niczego nie zmienia, bo i tak mam dzisiaj wolne. odkąd tu jestem każdego dnia włóczę się po Seulu, myslę, ze zasłużyłam na jeden dzień odpoczynku. na tę decyzję wpłynęły moje bolace nogi, a także impreza, na której byłam dzisiejszej nocy...
otóż wczoraj wieczorem Shoon przyszedł do naszego pokoju i powiedział, ze wszyscy "młodzi" z guesthouse'u wybierają się coś razem zjeść i koniecznie muszę z nimi iść.
w pierwszej kolejności poszliśmy na korean barbecue. z pewnością słyszeliście, ze jest to bardzo popularne wśród Koreańczyków. robiliśmy przy okazji za niemałą atrakcję- banda białych, i tylko Shoon i Hong z nami. więc poszliśmy do lokalu, który zarekomendował Shoon. byłam trochę zawstydzona, bo musiałam sobie radzić z pałeczkami na oczach tych wszystkich ludzi xD pocieszeniem było to, ze kilka osób radziło sobie gorzej niż ja xD po drugie, byli z nami sami anglojęzyczni ludzie, tylko ja biedna musiałam dukać w moim pięknym angielskim, który przy tylu osobach staje się trochę nerwowy...xD
zasiedliśmy przy dość sporym stole, w którym po środku wbudowany był grill. kelnerzy przynosili po kolei pełno miseczek z mega pikantymi dodatkami, m.in. kimchi i masę przeróżnych sosów. na końcu przynieśli dwa wielkie talerze z plastrami wołowiny (jak sądzę...). Shoon jako nasz przewodnik piekł te plastry na rozgżanym grillu. jedzenie tego polegało na tym, ze bierze się liść sałaty, na niego kładzie się mięsko, a na wierzch tyle dodatków, ile możesz i jesz to wszystko jednym kęsem. w trakcie jedzenia "zaczęliśmy" też noc, delikatnie, od kilku butelek Cass, tak żeby się lepiej jadło^^
po skończonym posiłku poszliśmy do klubu utrzymanym w stylu wschodnim z "czarną" muzyką itp. tu mieliśmy okazję wybrać sobie napój, spośród setki różnych drinków. posiedzieliśmy tam jakąś godzinę i ruszylismy dalej do koreańskiego baru, gdzie zaserwowano nam soju (koreańską wódkę) z sokami owocowymi. w sumie, jak mam być szczera, soju jest ohydne... tak minęła kolejna godzina- była dopiero 23, więc tak naprawdę zabawa była jeszcze przed nami. poszliśmy do clubu, zeby sie wyszaleć i te sprawy... tu było naprawdę świetnie- DJ, tłum tańczących ludzi, światła, które zwalają z nóg. i pierwszy raz widziałam palące Koreanki (bo tutaj to wielki wstyd dla dziewczyny, gdyby paliła gdzieś na ulicy...).
przez całą noc alkohol lał się dosłownie strumieniami i gdy o piatej wróciliśmy do domu, działy się doprawdy dziwne rzeczy...
anyway, to była moja pierwsza koreańska impreza i z niecierpliwością czekam na nastepną xD (pomimo, ze najlepiej się dzisiaj nie czuję...)
przed chwilką dotarłam z powrotem do domu. co dzisiaj zwiedzałam? tak naprawdę, to... nie wiem. pojechałam tu i tam, pokręciłam się kilka godzin, najadłam się i trzeba było zmienić miejsce... na chybił trafił z guide book'a wybrałam Seoul Folk Free Market w dzielnicy Sinseol-dong... wysiadłam z metra, ruszyłam przed siebie i okazało się, że dziś Flea Market jest zamknięty^^ anyway, szłam dalej, aż trafiłam na jakieś obskurne ulice ze sklepami pełnymi żelastwa i różnych części motoryzacyjnych, gdzie jedynymi ludźmi byli starzy mężczyźni. krążyłam i krążyłam, aż doszłam do wniosku, ze się zgubiłam. jakiś facet podszedł do mnie i zapytał "lost?", na co oczywiście odparłam "ależ skąd! wszystko ok"... nie miałam innego wyjścia, jak iść dalej. na domiar złego założyłam dzisiaj buty, których dawno nie miałam na nogach i dotkliwie poobcierały mi palce. po przyjściu do domu zdałam sobie sprawę, że mam skarpetki we krwi... nevermind. rozgladałam się wszędzie wokół, próbując znależć jakąś stację metra, bo te są pewnym punktem orientacyjnym. w końcu na jedną trafiłam. okazało się, że przeszłam dwie stacje od miejsca, w którym wysiadłam...
2 fakty z Seulu:
- chodniki są tu tylko na głownych ulicach- na pobocznych trzeba walczyć o drogę z samochodami...
- w niektórych miejscach tak śmierdzi ściekami, że można, delikatnie mówiąc, puścić pawia...
Fakt z życia mojego hostelu:
- dzisiaj jest ostatni dzień pracy Yoon'a ;(
Anyway, wczorajszy dzień był bynajmniej ciekawszy. Byłam w chińskiej świątyni buddyjskiej i tam przynajmniej można przeżyć jakieś "konkretne" emocje... osobą wierzącą nie jestem, co wiadomo nie od dziś, ale gdy weszłam do środka i stanęłam oko w oko (lub moze oko w pępek) z trzema 4-metrowymi posągami Buddy, kolana się pode mną ugięły. do tego dochodzący z zewnątzr śpiew mnicha i muzyka bębnów- mogą przejść człowieka niezłe ciarki...
na obiad jadłam wczoraj kimchi jigae, czyli zupę z kimchi. najadłam się nie tylko do syta, ale też trochę wstydu xD otóż w osobnej paczuszce podano mi suszone wodorosty, które po prostu zignorowałam, bo pojecia nie miałam, do czego ich użyć... w połowie posiłku podeszła do mnie starsza pracująca tam kobieta i pokazuje na tę nieszczęsną paczkę. no to ja wzruszam ramionami, ze nie wiem, po co to jest. ona, a jakże, nawija po koreańsku, a ja tylko patrzę na nią z głupim uśmiechem... w końcu ona do mnie "mol-lah?". usłyszawszy choć jedno znajome słowo "nie wiesz", skwapliwie pokiwałam głową. pani wspaniałomyślnie wzięła jeden wodorost i pokazała, ze trzeba w niego zawinąć trochę ryżu, a później zjeść to z zupą... więc do końca jadłam już, jak należy, jednak nieuchroniło mnie to przed dalszymi salwami śmiechu ze strony pani i innych pracowników baru, którym pani niezwłocznie wszystko opowiedziała. i siedziałam taka biedna, z trudnością przełykając mój obiad, podczas gdy oni obserwowali moje poczynania, zaśmiewając się nieomal do łez...
czekając tego samego dnia na metro, zobaczyłam, ze przyglada mi się z uśmiechem pewna staruszka. odwzajemniłam więc uśmiech, a satruszka podeszłą do mnie i gadając coś po koreańsku zaczęła dotykać moje twarzy (!). "piękne"- powtarzała, wskazując po kolei na moje oczy, nos i usta. w pierwszej chwili zupełnie straciłam orientację, ale szybciutko oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, ze to nawet nie takie złe xD
atmosfera w naszym hostelu jest po prostu świetna! jeśli kiedykolwiek ktoś z was bedzie gościł w Seulu, polecam Hong Guesthouse xD można się tu poczuć, jak we własnym domu. dodatkowo zjeżdzają się tu ludzie z całego świata i dlatego też rozmowy w pokoju wspólnym są niezwykle ciekawe xD wczoraj np. grałam z Shoonem i jednym Amerykanim w Monopol, podczas gdy dopingowało nas dwóch Irańczyków. coraz bardziej się tu zadomawiam i coraz bardziej wydaje mi się, że nie będę chciała stąd odchodzić... a został tylko tydzień:(
Hong, tak na dobrą sprawę, oprócz zwyczajowego "cześć", nic więcej do mnie nie powiedział od niedzieli... widać, tylko po alkoholu był taki odważny... ach, niektórzy tak mają- ja też do takich niektórych czasami należę xD
today was quite cute- jakby tak to ująć w słowa.
najpierw pojechałam z Pyong Yu do Insadong, gdzie mieści się taki duuuuuuży market (taką ma nazwę- znaczy się...) z ręcznie wykonanymi produktami. nie będę o tym z resztą pisać, bo wrażenia jakoś to na mnie nie zrobiło. anyway, później pojechałyśmy do Apghujong- dzielnicy sklepów "disajnerskich", gdzie podobno najłatwiej spotkać koreańskie gwiazdy. i tylko z tego wzgędu tam pojechałam, prawdę mówiąc, bo sklepy jako takie mnie nie interesowały... tu tez nie było zachwytu, za to zmarzłam, jak jasna cholera!
w końcu zjadłam kim-chi! chwała bogu! ach, doskonale wiedziałam, czego chcieć od koreańskiej kuchni xD bez mrugnięcia okiem powiem, że kim-chi jest od dziś moją ulubioną potrawą ^_^ przy okazji udoskonaliłam swoją sztukę jedzenia ryżu pałeczkami.
dzień totalnie bez emocji. Pyong Yu musiała jechać do domu o 15, więc ja także przed czwartą byłam u siebie... w hostelu nie było nikogo, oprócz mnie i Shoona. i dobrze się złożyło, bo miałam okazję go lepiej poznać xD najpierw przyszedł do mnie do pokoju na miłą pogawędkę, przy okazji wyśmiał (w pozytywnym znaczeniu, oczywiście) mój nowy zegarek, a potem razem oglądaliśmy w telewizji jakiś program, którego nazwy nie znam, ale występuje w nim m.in. Dara z 2ne1, UEE z After School i Dae Sung. po nim był nadawany koncert (charytatywny, o ile dobrze zrozumiałam) zamiast Inkigayo i Shoon nie mógł się nadziwić, gdy ja co chwilę "O teacyon z 2pm! o, ss501! o, tae yang!" śmieszniej było, kiedy nawet on nie znał niektórych gwiazd. "tobie się naprawdę podoba ta muzyka?"- niedowierzał. dowiedziałąm się przy okazji, że te sklepy z pop-owymi pierdołami przeważnie nie są owiedzane przez koreańczyków, ale przez obcokrajowców, szczególnie przez Japonki XD to by było na tyle, jeśli chodzi o Shoona...
ale dzisiaj w nocy miałam większą jazdę... o drugiej godzinie (ja oglądałam dramę, Pyong Yu spała, TangTang i inny koreańczyk byli na mieście) ktoś zapukał do pokoju i klapnął przy moim łóżku xD moim oczom ukazał się lekko zamroczony Hong (tzreci menager, bo w końcu się dowiedziałam, jak ma na imię xD), który zaczął przyglądać mi się z debilnym uśmiechem. "coś sie stało?"- spytałam, nie wiedząc, o co mu chodzi. no, więc on przyszedł sie spytać, dlaczego ja sama siedzę w pokoju w sobotnią noc. no, po prostu nie potrafił tego pojąć! żadne wytłumaczenia nie dały mu rady, ale dzięki temu zyskałam masę propozycji na rózne wieczorne wyjścia xD jak on to ujął "zostajesz tu na dłuższy okres, więc chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić". kiedy już w końcu zdecydował się opuścić mój pokój, zostawił mi swój numer telefonu, w razie gdyby mi się nudziło, albo potrzebowałabym pomocy...
otóż koreańczycy są tak uprzejmi i pomocni, ze mam juz całą kieszeń wypełnioną numerami telefonów i wizytówkami ._.
tak właśnie określiłabym dzisiejszy dzień. sobota, więc nie powinno mnie to dziwić, ale takich tłumów w Polsce się nie spotyka^^ w metrze ścisk, nie wspomnę o tym, ze jest prawie niemożliwością zejść czy wejść po schodach do stacji metra...
nie pomyślałam o tym,gdy wybierałam sobie miejsce na dzisiaj i pojechałam w chyba najbardziej zatłoczoną część Seulu, mianowicie Myeondong- największa w Seulu shopping area. Myślałam, że jest nią Dongdaemun, ale się pomyliłam... z resztą nie mam już żadnych wątpliwości^^ to, co się tam wyprawia, to jest po prostu kosmos! pełno sklepów, oferujących dosłownie wszystko, we wszystkich cenach i wszelakiej jakości i marki! oprócz tego oczywiście pełno straganów z pieczonymi kiełbaskami, rybami i ciastkami z cukru... dzisiaj miałam przyjemność jedno takie posmakować, a nawet zjadłam sobie rybkę na patyczku, taką jak w Boys Over Flowers zachwycał się Gu Jun Pyo xD nie powiem- miałam radochę, jak cholera.
jak już przy jedzeniu jesteśmy, to jak tylko dzisiaj wstałam, musiałam pędzić do najblizszego lokalu, po wczorajszym dniu przebytym tylko na jednej paczce chipsów krewetkowych... wylądowałam w barze, gdzie kelnerki (dzięki o niebiosa!) potrafiły sklecić kilka słów po angielsku. nic nie wyszło z moich planów zjedzenia kimchi, bo jak zobaczyłam cenę, to przestało mi na kimchi zależeć...25 tys. wonów! (za te pieniądze z resztą później kupiłam sobie bardziej użyteczne rzeczy, tj. kosmetyczka z big bangiem i zegarek z big bangiem xD). no więc zamiast kimchi, wybrałąm zupę "Naengmyon", czyli zupa z makaronem na zimno... polecił mi ją mój znajomy, który utrzymuje, że jest to jego ulubiona potrawa... jednak, kiedy mówił, ze ona najlepiej smakuje na zimno, to ja głupia sobie myślałam, że taka po prostu schłodzona, niepodgrzana xD moje zaskoczenie dlatego było ogromne, kiedy pani przyniosła mi miskę, a tam w zupie kostki lodu xD do tego porcja, jak dla słonia, jak zresztą każdej innej potrawy, dlatego dziwi mnie to, że Azjatki są takie szczupłe xD a zupa sama w sobie aż taka genialna nie była...
jak już się najadłam do syta, poszłam biegać po uliczkach Myeondong... których zresztą było tak dużo, że można się było naprawdę pogubić... przy okazji zwiedziłam Myeondong CHina Town, które przyciągało ludzi tradycyjną chińską muzyką, sklepikarzami ubranymi w piękne chińskie szaty czy chociażby czerwonymi lampionami ... albo moze to tylko na mnie one tak działają xD
o tyle, o ile mówiłam że na Dongdaemun było słychać dużo k-pop'u, to na Myeondong można po prostu postradać zmysły! niezaprzeczalnym hitem w korei jest teraz "wedding dress" tae yanga, które słyszałam dzisiaj chyba ze 100 razy, ale (o zgrozo! już nie mogę tego słuchać!) więcej razy i prawie z co drugiego sklepu dobiegały mnie dżwięki "TTL" T-ARA i Supernova... w każdym sklepie kosmetycznym spoglądają na ciebie gęby Kim Bum'a lub Kim Hyun Joong'a, czasami również Teukie'go, Siwona i Eunhyuk'a...
przy okazji weszłam dziś znowu do kolejnego sklepu z k-pop stuffem, żeby zapytać o tego nieszczęsnego Kima HeeChula... jego nie było, ale moją uwagę przykuł wielki plakat 2pm, który zaczęłam uważnie lustrować... i tylko to wystarczyło, ze sprzedawca wziął mnie za amerykankę O_O jak sądzę przez Jaeboem'a, chociaż sama nie widzę w tym żadnego związku...
pół godziny temu wrócilam ze spaceru po swojej dzielnicy, która mieści się blisko Hongik University i jak się okazało, też ma wiele do zaoferowania, szczególnie wieczorem, kiedy z każdego budynku bije po oczach światło tysiąca neonów i ze wsząd dobiega inna muzyka... do tego tłum ludzi- dokładnie tak wyobrażałam sobie Koreę ^^
tak, trzeci, bo nie pisałam, że tydzień temu spóźniłam się na samolot, w związku z czym miałam przełożony lot na wtorek... i na dodatek tak jeszcze wyszło, że Jung Hyun ma teraz sprawy zawodowe na głowie, nie ma go w domu i chciał, żebym przyleciała pierwszego grudnia. ale że ja nie chciałam znowu mieszać i drugi raz przekładać daty, skorzystałam z tej i aktualnie mieszkam sobie w hostelu i dzielę pokój z australijczykiem, tajwanką i dwoma japończykami^_^ jest całkiem spoko, a oprócz tego właścicielami hostelu są trzej młodzi mężczyźni?, chłopcy bym raczej powiedziała xD Yoon, Shoon i ... trezciego nie pamietam xD jeden z nich coraz bardziej mi się podoba, na nieszczęście xD
trochę bym chciała poopowiadać, ale jest tego tyle, że ucieka mi z głowy.
po pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to to, ze koreańczycy są całkowicie walnięci na punkcie koreańskiego popu! na każdym kroku z głośników słyszę jakieś znane utwory, jak np. "Dancing shoes"AJ'a albo "chocalate love" f(x) jakąś godzinę temu, gdy wracałam już do hostelu. gdy się siedzi na stacji metra, można sobie na ekranach pooglądać reklamę nowego singla U-KISS albo commercial Cass Dary, gdzie gra Lee Minho :) poza tym, co chwila natknąć się można na sklepy, gdzie jest dosłownie wszystko z wizerunkami gwiazd k-popu... ja już dzisiaj trochę kasy tam straciłam:D zaraz wstawię zdjęcia^^
jest tyle do gadania... dzisiaj, jak zwiedzałam stare miasto Bukchon Hanok, podeszło do mnie dwóch starszych mężczyzn i zaczęli ze mną rozmawiać... takie tam skąd jestem, co mnie sprowadza do seulu, itp. i po krótkiej chwili zaprosili mnie na tradycyjną koreańską herbatę. więc chcąc nie chcąc doświadczyłam dzisiaj przyjemności oglądania rytuału parzenia herbaty... troszkę byłam zawstydzona, bo oni ciągle powtarzali, że mam piękne oczy i takie tam głupoty... trzech facetów (razem z tym, co parzył herbatę) i ja biedna sama po środku! niezwykłe było to, ze wszyscy w miarę dobrze mówili po angielsku, bo wczoraj, gdy chciałam kupić sobie obiad, miałam wielkie problemy, żeby się porozumieć... weszlam do jedego lokalu i spytałam "do you speak english?" a kobiety tam pracujące "huh? no english, no english", więc sobie poszłam. nietety taka sytacja miała miejsce w każdym lokalu, na Dongdaemun, gdzie jest totalny szał- pełno sklepów, sklepików, bud i budek, same bazary, jednym słowem, taka prawdziwa korea. więc w końcu zrezygnowałam z angielskiego i weszłam do jednej takiej budki i powiedziałam po prostu "bibimpap" i dostałam, co chciałam xD obsługiwała mnie starsza kobieta, bardzo miła zresztą- tłumaczyła mi , co jest co i jak to jeść... szkoda tylko, ze nie rozumiałam ani słowa:D ale pomijając wszystko jej bibimpap był pyszny i niesamowicie syty, bo zawsze myślałam, że azjatyckim jedzeniem nie można się najeść do syta... takie przynajmniej wywierało na mnie wrażenie, gdy widziałam je na zdjęciach xD
w tym sklepie, w którym kupowałam k-pop stuff babka również kazała mi usiąść i podała kubek herbaty, którą się "delektowałam", w chwili gdy ona pokazywała mi coraz to rózniejsze rzeczy z wizerunkami DBSK, Super Junior itp. itd xD byłam zaskoczona jak cholera, ale właśnie się dowiedziałam, że tak jest niemal w każdym sklepie w korei ^^
szczerze mówiąc, myślałam, ze w takim dużym mieście, jak seul, będzie więcej bialych, ale w ciągu tych trzech dni, spotkałam co najwyżej pięciu... nic dziwnego, że ludzie tu reagują tak śmiesznie, jak spaceruję sobie ulicą xD strasi ludzie mnie zaczepiają i nawijają coś po koreańsku, a ja się tylko uśmiecham, nic z tego nie rozumiejąc xD
( trochę fot i filmik�w ^^ )
to wszystko na dzisiaj, anyway :) będę pisać później^^